Kategorie: Wszystkie | opowiesci drahimskie
RSS
poniedziałek, 30 lipca 2012

ROMAN  JOZEF  RYMAR /autor-napisal/                           

z synem Alexandrem / dodal rysunek /                                                      

finalisci     

5-tej   edycji   konkursu   literacko-plastycznego  "BAZGROL  2014"  

pod  patronatem:

 

1)  malzonki  P r e z y d e n t a  RP  - Anny  Komorowskiej                                                                                                                 2)  P a r l a m e n t u  Europejskiego

 

Napisal bajke o Czaplinku i jeziorze Drawskim

/ Bajki do scislego finalu-30,  zostaly wybrane z  2650 !!!!!!

prac nadeslanych  z  calego swiata /

 

ROMAN JOZEF RYMAR - ur. Czaplinek, ul.Drahimska7 oraz Toronto, Canada.   Matka Janina /uczestniczka powstania warszawskiego/.    Ojciec Ludwik-legionistaPilsudskiego.  Brat Leon w armii Andersa, walczyl pod Monte Cassino.   Ojciec i brat  odznaczeni medalami "Na polu chwaly" /1920 i 1944 /.  Jako bezpartyjny dzialacz Solidarnosci Rolnikow Ind. zmuszony do wyjazdu za granice.  Absolvent universytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu /kierunek prawo adm / oraz  Diploma of George Brown College /business accounting/ i Richmond School of Commerce in Toronto.   Slub i parafia Sw. Kazimierza w  Toronto .  Zona Irena, dwoje dzieci - Patrycja i Alexander.    Obywatel Polski i Kanady.    

Pisarz, ponad sto /200/ novel, basni, opowiadan, dwie powiesci, wiersze, fraszki. A ponadto wiele do nich szkicow/150/, obrazujacych miasteczko Czaplinek i okolice, historie Polski,tradycje i ciekawe dzieje.

Roman Rymar to finalista konkursu Bazgrol2014, pod auspicjami malzonki Prezydenta RP, pani Anny Komorowskiej  i Parlamentu Europejskiego, gdzie napisana przez niego bajka o Czaplinku i jeziorze Drawsko, z rysunkiem syna Alexandra, zostala wybrana do finalu /30/ z  2650-ciu bajek  z calego swiata.  

Roman Rymar ma zaszczyt brac udzial w akcji  JEZIORO TAJEMNIC,pod patronatem m.in. Starosty Powiatu Drawsko, wojewody szczecinskiego, telewizji polskiej /kanal 2 i historii/, gdzie w dziale "tworczosc nadeslana" prezentowane sa jego trzy opowiadania z dolaczonymi szkicami obrazujacymi magiczne strony pieknego, ukochanego przez niego jeziora Drawsko.

I powroci do kochanej ojczyzny Polski.


Roman J Rymar nie ma  szczescia do miasta, ktore tak kocha. Probuja zabrac mu ziemie, cudowny ogrod, gdzie napisal tyle opowiesci basni, wierszy i fraszek. Tam postanowil na wzor swojego mistrza, Hansa Christiana Andersena  stworzyc swiat szczesliwej  przyszlosci, do  ktorej  zeby  dojsc, trzeba pokonac nieraz wiele przeszkod.   Jego miasto zasluguje, zeby  kojarzyc sie z basnia, ballada, postaciami i miejscami pelnymi fantazji, czasem smutku, czasem radosci i przygod. Cos, co uczyloby mlodych dobrych manier i zachowania, dawalo ludziom nadzieje i utwierdzalo w wierze. A miasteczko i okolice otrzymalyby tak potrzebna aureole tajemnic  i chwaly, plynacych z jego niezwyklej historii. . A tego nie zapewnia najwieksze pieniadze czy wladza. RJR musial opuscic rodzinne strony scigany za walke o Polske/ prawdziwa, pierwsza Solidarnosc rolnikow/. Nie dopuszczaja go do prasy, a wrecz go chca wykreslic z przeszlosci, jednoczesnie probujac plagiatowac, choc to m.in. dzieki niemu dostali sie na pozycje, z ktorych dzisiaj go atakuja.

Ale "nic  to " jak  napisal wspanialy Henryk Sienkiewicz,  a  Czeslaw Milosz  powiedzial  w  wierszu "... ty ktory skrzywdziles, poeta pamieta !". Bog sprawiedliwy, a  historia napewno pouklada wszystko na swoje miejsce.  I moze chociaz serce RJR powroci kiedys do macierzy.

 



 

Opowiesci drahimskie

Napisal: Roman Jozef Rymar

“OOSKI!” (do boju) - wykrzyknął Weneta stając nieruchomo jak wyrzeźbiona figura z kamienia ze wzrokiem wpatrzonym przed siebie, jakby chciał zobaczyć i zapamiętać jak najwięcej z widoku, który roztaczał się przed nim na południowej stronie. Sam stojąc na wzniesieniu od północnej strony małego jeziora, jednego z dwóch, które tworzą wąski przesmyk miedzy sobą, mógł widzieć szmat ziemi pokrytej pagórkami, lasami, rzekami i zatokami wodnymi. Ale jego myśli teraz sięgały jeszcze dalej. Gdzieś tam głęboko w swoim umyśle widział ludzi, których starał się dopasować do widzianego krajobrazu. Ludzi, którzy w zwykły sposób wykonują prace polowe, łowią ryby, dzieci biegające po obejściach i kobiety piorące w wodzie. Widział to, o czym marzył tak długo, podczas swojego długiego życia. Wiedział, że to już niedługo koniec jego wędrówki i tak jak każdy pasterz chciałby doprowadzić swoje stado do miejsca, gdzie mógłby powoli przekazać jego los swojemu następcy. Trzymając rękę na ramieniu stojącego obok chłopca o imieniu Draha, był już spokojny, w przeciwieństwie do ostatnich dni, w których tyle się działo.

 

Prawie nie zareagował, gdy z tylu doleciał jego uszu powtarzający się z echem ten sam okrzyk wydany przez całą stojącą za nim drużynę. A pochylając się do chłopca powiedział bardzo wyraźnym głosem „Ouski” (budować), co chociaż brzmiało podobnie, to miało jednak zupełnie inne znaczenie. Stojąc teraz obok usypanego i obsadzonego kawałkami trawników, a zwieńczonego iglastymi gałęziami sosny kurhanu, czuł nadchodzącą potrzebę zmiany ich dotychczasowego życia.

 

Rzymianie zaczęli wsiadać powoli na konie, nakładając na tuniki i dopinając dokładnie swoje skórzane pasy, pokryte jednak teraz nie zbroją, a kwadratowymi płaszczami. Przez to wyglądali może trochę mniej groźnie, ale ze względu na wiejący tego dnia chłodny wiatr kończącej się zimy, nie mieli innego wyjścia. Była to ich pierwsza wyprawa tak daleko na północ, a celem jej miała być możliwość dalszego rozszerzenia ich imperium. Przeganiając miejscowe plemiona, mieli w planach dołączyć jeszcze jedną prowincję, a ich przywódca Marek Aureliusz zamierzał dodać sobie tytuł Balticus dla określania dokonanych podbojów...

 

Przez dłuższy czas walczyli jednak z cofającymi się plemionami, z których wiele osiedliło się tutaj, przekraczając Bramę Morawską, a których zwano Sklawinami.

 

Dowódca postanowił, że będzie to ostatnia ich bitwa, a miejsce małego przesmyku nadaje się idealnie do zbudowania fortu granicznego. Wiedział, że nie będzie dużej walki, gdyż wycieńczeni obrońcy po stracie w poprzedniej bitwie swojego dowódcy, na pewno utracili wiele ze swojej siły, o czym świadczyło ich ciągle cofanie się. Sami jednak będąc zmęczeni długim marszem, a i niepewni zaopatrzenia w prowiant na niegościnnej dla nich ziemi, ruszyli do ataku bez fanfar i dźwięków werbli, nie dzieląc także pułku (alae) na szwadrony (turmae), i nie ustawiając lekkozbrojnych piechurów (manipule) na przedzie szeregów, co było zawsze u nich regułą.

 

Wojowie także szykowali się do bitwy. Bitwy obronnej, na śmierć i życie. Oddanie przesmyku otwierało wrogom drogę do nieograniczonego terenu, aż do morza, i zrobienie z miejscowej ludności niewolników, jak to było w zwyczaju sadystycznego imperium. Jak przed każdą bitwą, ruszając do walki przysięgali Bogu i dowódcy swoją wiarę i poświecenie. Tyle, ze żadnego z nich nie widzieli.

 

Bo pierwszy z nich był w ich myślach, gdy się modlili, drugi zaś pod skórzaną płachtą na narach zaprzężonych w sześć koni. Ten, który prowadził ich przez tyle potyczek, w znoju i poniewierce, za którym nie bali się pójść na koniec świata. Życie plemion, a nawet i całych narodów zależą w większości od szczęścia posiadania właściwych przywódców. A oni takiego właśnie utracili. Może gdyby nie był tak przejęty losem swoich braci i sióstr, że w decydującym momencie sam ze swoją ochroną rzucił się na nieprzyjaciela, zostając zakłuty krótkimi mieczami.

 

Stojący przed nimi jego ojciec, chociaż sam stary wiarus, nie był w stanie podnieść ich „ducha”, a dziecko było za małe, żeby mogło wydawać rozkazy.

 

Stojąc w szeregach na środku przesmyku, czuli się przyparci do lekkiego wzniesienia za ich plecami. Od przodu, w oddali słyszeli odgłosy zbliżającej się w ich stronę śmierci, w postaci równo nadciągających kohort rzymskich.

 

Wojom nie przystoją łzy. Ale niejeden teraz pomyślał o własnych synach, córkach, rodzinach, których czekał okrutny los zniewolenia, a być może śmierć na arenach cyrków Romy.

 

I wtedy rozległ się głos, który nie był prosto od Boga, ani od ich nieżyjącego dowódcy. Głos, który przyszedł jakby z zaświatów, zesłany do nich przez niewidzialną moc, a jednak pochodzący od jednego z nich, i który przeleciał przez ich umysły jak huragan, przykrywając wszystkie zwątpienia i obawy.

 

Był to głos dziecka, który stojąc na wzniesieniu u boku poległego ojca przerwał kompletną ciszę może nie najgłośniejszym, ale za to pewnym i dumnym głosem:

 

„ OOSKI!”

 

Wyglądało jakby w każdego z wojów uderzył piorun, a przez szeregi przeszła  widoczna fala drgań. Bo nie było to tylko słowo do ataku. W jednym momencie do świadomości wszystkich dotarło, że stało się to, o co się tak modlili. Mają po swojej stronie przyszłość. Mają kogoś, kto ich będzie prowadził przez wiele lat, jeśli tylko pokonają wroga. Bo teraz  nie  mieli  co  do  tego  wątpliwości.  Wzdłuż lądu, niesiony po odkrytej powierzchni jezior, rozległ się teraz wielki okrzyk: „OOSKI! OOSKI! OOSKI!”

 

To, co rzymianie zobaczyli wychodząc zza lasu na zakręcającym przesmyku, musiało ich mocno zaskoczyć. Biegnący w ich stronę i wrzeszczący przeraźliwie wojowie z włóczniami i toporami podniesionymi wprost na nich, byli odwrotnością tego, czego mogli się spodziewać. Po obu stronach biegnących, podjeżdżali zmieniając się, łucznicy na koniach, którzy przystając na moment, dosyć celnie lokowali strzały w pozbawionych pancerzy ciałach legionistów. Rzymianie w szybkim czasie zostali przytłoczeni do stromych wzgórz brzegów zatoczki z trzema wyspami, i żeby nie być w pętli, otrzymali rozkaz wycofania się. Oznaczało to teraz tylko jedno: porażka. Dowódca jednak wiedział, co robi. Już przed wyjazdem na wyprawę ostrzegał go stary konsul, który sam walcząc dawniej na północy pod komendą samego Germanika rzekł:

 

„ Będziesz walczył w kraju Ursusa i Lugiów, z ludźmi o niezwykłym poczuciu honoru i wytrwałości, gdzie raz rozpalonego ducha walki i w sto lat się nie wyziębi. Być może zakłócisz dni świąt, które tak tutaj oni obchodzą, a o których już może też i tam doszły słuchy”

 

Łatwo było przewidzieć, że przegrana bitwa rzymian doda pierwszy raz wiary w siebie przeciwnikom. Ci, będąc sami podniesieni na duchu, uzyskają lekko posiłki od innych plemion, poparci rozchodzącą się sławą, mimo skromnego, ale jednak zwycięstwa.

 

Rzymianie odchodząc, jako zły znak dla siebie przyjęli nieruchomo stojącego na czubku drzewa ptaka przy następnym przesmyku miedzy jeziorami. Ptaka, którego u siebie nazywają heron/czapla/, a który jest zawsze odznaką spokoju i bogactwa miejsca, w którym przebywa.

 

A nowy gród obrońców powstał na fundamentach uzyskanej w walce chwały.

 

 

 

Napisal/autor: Roman Józef Rymar                                                     

zamieszkaly: Czaplinek, ul.Drahimska 7, Polska                   

oraz Toronto,Ont,/Canada                                          

Opowiesc publikowana w Czaplinku, w gazecie "Grajdol" Nr 78 ,

Marzec/2012        

Wszelkie prawa autorskie zastrzezone

 

 

Opowieści drahimskie

Piękna starościna z drahimskiego zamku

Autor: Roman Jozef Rymar

“Kogoś mi przypominasz” powiedział chłop rzucając na próg zawiniątko zresztkami jedzenia ze świątecznego stołu. Odkąd zmienił się starosta na zamku, jemu, jak i innym mieszkańcom ziemi drahimskiej żyło się o wiele lepiej. Mogli bez obawy zbierać drzewo na opał w pobliskich lasach, a w jeziorze łowić ryby na własne potrzeby. Zbigniew lubiał łowić ryby. Pomagało mu to w dużej mierze wyżywić liczną rodzinę, a także uzupełniać zapasy na prawie zawsze srogą zimę w tej części kraju. A i tak z wielkiej wdzięczności oddawał największe złapane okazy do zamku. Teraz mógł to robić bez strachu, bo poprzednia starościna Grzymisława znienawidziła go ostatnio za dostarczenie takiego daru. Czyżby była źle doprawiona, albo miała gorzki farsz. Co mogło jej tak w niej zaszkodzić?

Kobieta zabrała jedzenie  i odchodząc zamyślona, starała się nie wejść w zaspę śniegu, który padał od samego rana. Idąc wzdłuż brzegu  jeziora Drawsko, mimowolnie wróciła myślami do tamtych czasów.

„Ach, żeby  tak można było zacząć wszystko jeszcze raz od początku” westchnęła. Spoglądając na zamek  na wzniesieniu widziała sama siebie w otoczeniu licznej służby. Wszędzie było gwarno, a liczni przybysze zajęci byli dostawą towarów, które miały zapełnić spiżarnie i garderobę najjaśniejszej pani. Bo chociaż sam zamek sprawiał wrażenie zaniedbanego i kompletnie nieprzygotowanego do obrony, to częste uczty i zabawy miały zatuszować wrażenie, że nic dobrego tutaj się nie dzieje. Sprawy rzeczywiście nie miały się najlepiej. Zaniechano wypraw przeciwko zakonowi krzyżackiemu, który panoszył się i starał się zapomnieć o odbiciu zamku z ich rak i  ustanowieniu starostwa  przez  króla  Jagiełłę w  1407  roku.  Nie najlepiej działo się także w samym starostwie, gdzie z powodu częstych swad z sąsiadami magnat Dobrogost Ostroróg zmuszony był do częstych wyjazdów przez Czaplinek do sądu grodzkiego w Wałczu i palatynackiego w Poznaniu. Wyjeżdżając zostawiał pieczę nad twierdzą swojej żonie Grzymisławie, która wiedziała jak

przytrzymać w ryzach krnąbrnych poddanych. Jej faktycznie ładna uroda musiała być podkreślana na każdym kroku, a na zamku panować musiało poczucie dobrobytu i wylewności. Dlatego kijami i psami przeganiano biedaków, którzy uważani za przybłędów i obdartusów mogli popsuć ten obraz rajskiego życia.

Teraz kobieta odwracając się spojrzała w rwąca wodę wlewającą się do jeziora z wąskiej rzeczki. Tak, to tutaj stojąc w otoczeniu gości zaproszonych na bal rzuciła z miną rozpustnicy pierścień mówiąc przy tym: „Odejdź biedo z tym pierścieniem, a kto cię znajdzie widocznie na ciebie zasługuje”.

Tańce, uczty i polowania trwały jeszcze wiele dni. Nie zwrócono wiec większej uwagi na pobyt królewskiego lustratora, któremu niedużo czasu wystarczyło na ocenę opłakanego stanu obronnego twierdzy, która miała bronić rubieży Rzeczypospolitej. Niedługo po jego odjeździe decyzją królewskiego edyktu starosta został odwołany i zmuszony przy tym do oddania całego majątku. Załamany i bez posady szybko opuścił teren pozostawiając swoją oblubienicę, na której teraz się poznał, na pastwę losu.

Kobieta wzdrygnęła się. Rozwijając zawiniątko z resztkami jedzenia zauważyła kawałek ryby. Nieopatrznie wróciła do ostatniej biesiady na zamku, której największym rarytasem miał być jesiotr złapany przez okolicznego wieśniaka i w trwodze dostarczony, czym prędzej na dwór zamkowy. A nie mogło to się przydarzyć w lepszym momencie, gdyż z racji świątecznego postu był to najlepszy posiłek, jakim można było olśnić najznakomitszych gości zaproszonych na ten wieczór. Toteż będąc w ich otoczeniu jak nigdy przedtem, wzięła nóż do ręki z przyjemnym zamiarem wbicia go w stojącą potrawę. I gdy już wzrok jej sięgnął celu, zdrętwiała. Ryba miała duże wyłupiaste oczy. Bo to była duża ryba. I takie same oczy musiała mieć w tym momencie starościna, gdy patrząc na nią, ujrzała wolno wysuwający w się z jej paszczy pierścień.

napisal:

Roman  Jozef  Rymar

Toronto,  Canada / Czaplinek, Polska

/born in  Czaplinek/     

/Opowiesc publikowana w "Kurier Czapliniecki" Sierpien 2008 /  

 

Opowiesci  drahimskie

 

Bajka o Czaplinku:

THE  TEMPLARS

Napisala: Patricia Martinique Rymar     

 

W Czaplinku  u  babci  na  wakacjach  bylo  fajnie.  Byla  plaza  nad  jeziorem, sad z owocami, las  z  jagodami  i  grzybami.  Historia miasteczka  byla ciekawa. Pewnego  razu  babcia  wyslala  mnie  do  piwnicy  po  kiszone  ogorki.I  wtedy  tam  na  kamieniu  w  scianie  przeczytalam  „ Tempelburg”. Lekko  sie  zachwialam  i  dostalam  gesiej  skorki.  Wujek  mowil  ze  to dawna  nazwa  miasteczka  ,  ktore  zalozyli  rycerze  z  zakonu  templariuszyw  XII wieku  i  jeszcze  sa  ukryci  w  zamku  pod  miastem. Zamknelam  z  obawy oczy.  I  o  dziwo, zobaczylam  ze  nie  ma  szafyna sloiki,  a  zamiast  tego  w  oddali  stoi  na  wzgorzu  zamek.Wiem  nawet  gdzie  to  jest,  tam teraz  jest  kosciolek , gdzie  modlilam sie  w  niedziele.  Rycerz  pokazywal,  opowiadal  i  pisal cyfry.

„ Zobacz, tam  sa  templariusze – 1286,  a  tam za  nimi ida  joannici-1345.

A  tam krol  polski  Kazimierz  Wielki  zbudowal  mury  z  cegly - 1368,

A  tam  krol  Wladyslaw  Jagiello obozuje na wyspie jeziora pod

ogromnym  bukiem-1406, a  tam  Jan  Kazimierz  przebywal  z armia-1657.

Oni  wszyscy  tu  byli. O jej!  Teraz  miasto   plonie – 1725.

Poznajesz, to  polscy  zolnierze  wyzwalaja  Czaplinek – 1945”.

I  wtedy  rycerz  otworzyl  brame  zamku.  Wewnatrz  stal  wielki  puchar

pelen  zlota  i  diamentow.  Rycerz  podal  mi  go  mowiac:

„ Bierz  to  twoje”, potem  jeszcze  glosniej „ trzymaj  mocno”.

I  wtedy  otworzylam  oczy.  Babcia  wciskala  mi  duzy  sloj  kiszonych

ogorkow,  krzyczac  „rusz  sie  spiaca  krolewno!”

I  dodala  cos  co  warto  zapamietac:

„ Pieknych  rycerzy dzisiaj  sie  szuka  nie  w  bajce ,  ale  na  internecie”.

 

By Patricia Martinique Rymar

Toronto.Canada / Czaplinek,Poland

/Opowiesc publikowana w "Kurier Czaplinecki" listopad 2007

 

Drahimskie opowiesci

Jak Ignac na Drawskim jeziorze ryb nalapal.

Napisal: Roman Jozef Rymar

 

Lodka miekko zesliznela sie do wody. Po odepchnieciu plynela sama jeszcze chwile, zanim Ignac zabral sie do wiosel. Czasu bylo nieduzo. Zwykle o tej porze  wieczorem, wszystkie wedki mial juz zarzucone.

„A,co tam”pomyslal „aby tylko bralo”. 

A ryb zdaloby sie jak nigdy. Do pierwszego daleko, a co bylo to poszlo na zakup opalu na nadchodzaca zime. Wszystkim w domu  smakuja  ryby ale najbardziej lubial patrzec jak jedza najmlodsze Adas, Jasio i Edzio. Nie mozna bylo nadazyc piec. Wreszcie jest , stale niezawodne  miejsce w zatoce rekawickiej, zaraz za zwalona brzoza, ktora od dluzszego czasu ulatwiala nawigacje nawet w bezksiezycowa noc. Spocil sie, w gardle zaschlo  wiec wyciagnal manierke z mocna herbata, i  pociagnal  zdrowo. Pokrzepilo dobrze i nawet przez moment pomyslal ze pomylil napoje, ale w koncu szybko o tym zapomnial.Kotwice spuszczone, sznury naciagniete, przyneta rzucona. Przynajmniej zywce byly z wigorem. Ignac zamachnal sie kilka razy, a lapal na trzy wedki i jedna szpule. Jak lowic to lowic. Lyknal znowu herbaty. I wtedy cicho zaklal.Bo zaczelo padac.Cos dziwny ten deszcz. A moze ja zmeczony, pomyslal. Zmienial zywce dosyc czesto, nieraz dla wyczucia terenu nakladal zwyklego robala;  karp czy  leszcz tez ryba, a  i  maly sznurek wegorz tez gratka.No, pociagnal znowu lyka. Cos pykalo, ale do dna ani rusz. Tylko ten deszcz. Teraz Ignac juz czul jakies zmeczenie, i zaczely mu ciemnosci przeszkadzac. Widzial glownie ten deszcz. Jak to mozliwe. Wytrzeszczyl mocniej oczy.  Zamiast kropel spadaly male rybki. W zasadzie to one byly coraz wieksze. Pociagnal z manierki herbaty i  az wstal. Kiwal sie ale nie przestawal patrzec. A co to . Teraz spadajace rybki zaczely leciec z powrotem do gory. Coraz szybciej. Dopiero jak Ignac poczul dno lodki ,  a byl w stanie jeszcze sobie cos uprzytomnic, zauwazyl ze to on sie osuwa , a nie rybki fruwaja. Wtulony w dziob  lodki, z  rekami zalozonymi  za burte, rybak zerkal na lewo i prawo jakby chcial czyjejs  reki do pomocy  przy wstawaniu. I wtedy znieruchomial. 

„O psia jucha” wyjakal .

To co widzial wcisnelo go jeszcze bardziej w  lodke. W odleglosci  pieciu  wedek  zobaczyl wychylajocego sie z wody  dlugiego smoka, ktory sie miotal, zwijal  i  posuwal do przodu chociaz glowa jego stala w miejscu , lupiac zlowieszczymi slepiami. Ignac lowiac trzydziesci lat na tym jezierze widzial rozne zjawy i dziwa , ale zeby smok. Teraz to juz  pociagnal z manierki odruchowo. Nabral odwagi i  chcial sie   nawet podniesc , gdy w tym momencie smok przerazliwie zawyl, grubym ,brutalnym glosem. I prawie  jednoczesnie  wyrzucil ze swojego gardla  potezna ilosc smoly  ktora dosiegla na nieszczescie lodki  struchlalego rybaka.Tego juz bylo za duzo na naszego Ignaca. Osunal sie kompletnie na dno i  zasnal snem kamiennym.A smok?  Bardziej wytrawny wzrokiem i nie zmeczony tak jak Ignac moglby zobaczyc ze to bylo dwoch lokalnych  klusownikow na lodzi i  z latarkami, ktorzy sciagali sznur z wegorzami , spieszac sie bo ksiezyc wlasnie wschodzil. I nikt nie ryczal , tylko motorowa milicyjna pojawila sie nagle na zakrecie do zatoki, huczac donosnie. Bratki dawali dyla,a dla zatarcia sladow rzucili wor z lupem ryb  jak najdalej od siebie, a ze trafilo na lodke Ignaca to juz  boza laska.

Ignac spal zdrowo. Obudzily go ryby. Te wylazly z peknietego od uderzenia wora i  wily sie  albo skakaly po calej lodzi. Piekna, poranna, sloneczna pogoda dlugo nie pozwalala rybakowi  otrzasnac sie  z wrazenie ze nie jest w raju.Wracal  wiec  Ignac do domu z niedowierzeniem, ale juz widzial  radosne  twarze cieszacych sie dzieci..

A moral z tej opowiesci taki:

„Turysto, zatrzymaj  sie w Czaplinku. Lowiac na naszych jeziorach  mozesz  spac, a  ryby same wskocza ci do lodki.” 

 

Napisal:

Roman Jozef  Rymar

Toronto, Canada / Czaplinek, Polska

rymar@hotmail.com

/born in Czaplinek/

/published in "Kurier Czaplinecki" luty 2008

 


 

06:26, joeimagine
Link Dodaj komentarz »

Opowiesci  drahimskie

I  tylko  ten lagodny i kojacy  spiew  cyganki......

Napisal:  Roman Jozef Rymar

 

Dziecko  powoli  zasypialo,  odruchowo  jeszcze  ruszajac  raczka,  tak  jakby  szukalo  swojej  szmacianej  lalki,ktora chcialoby  zabrac  w  daleka  podroz  we  snie.  Cyganka  podciagnela  welniany  pled  nie  przestajacnucic  swojej  piesni.  Jej  glos  mial  w  sobie  ni  to  lagodny  placz,  ni  to zawodzenie , ni  to  ukojenie,co inspirowalo nawet w  malym  umysle  dziecka nie  tyle  zwykle  uspienie, ile zasluchanie,  przemieszane z  zamysleniem.  Przez  to latwiej  ono  przechodzilo  w  kraine  marzen jakim  jest  sen.  Poza  tym  bylo  cicho,  mimo  ze  starsze  dzieci bawily  sie  w drugim koncu  rogu  wozu. Ale  te umialy  uszanowac spokoj,  a  i  lubialy  sluchac  melodyjnego  spiewu  swojej  matki. Jozek chetnie  przychodzil  na  plac  przy zakladzie  kowalskim Pana Pikuly  przy zbiegu  ulic  Dlugiej  i  Drahimskiej,  tam  gdzie mala  rzeczka nabierala  odwagi przed wodospadem, w starym mlynie za  droga.  Atmosfera  w  taborach  cyganskich  byla niepowtarzalna. Czulo  sie  milosc  rodzinna,  ten  blogi  spokoj, zaklocany  tylko  przez  rzenie  koni  i  nieraz  beczaca  koze. Chodzac  po  taborze  Jozek  czul  sie  jak u  siebie,  bo  nikogo  nie  traktowano  tu  jak  obcego.  Jedne  tabory  przyjezdzaly do Czaplinka, inne  odjezdzaly,  ale  zawsze  byli  w  nich  ci  sami  przyjazni  wedrowcy, ktorzy  wnosili  do  miasteczka  element  cudownego  folkloru, radosci i  ogolnego  ozywienia. Jozek  sluchalby i  patrzal  jeszcze tak  dlugo, jak  to  robil  czesto,  gdyby  zza  rogu  budy   nie  wyszedl  Angelo,  mowiac  od  razu:

„ Jak  sie masz, gigus”. 

Jozek  lekko zaskoczony  jeknal:

„ Ee, yy ,  dobrze, yy, aleee  juz  ide”   nie  chcac za bardzo  tracic czasu. 

„ Nie  pekaj, sypnij  gdzie kiwasz” od niechcenia  rzucil  znajomy, staszy troche  wiekiem cygan, ktorego lubial ale sie go  krepowal.  Jozek  nie za bardzo nadazajacy za szybka  riposta  cygana wypaplal:

„ Kupic  dwa  lizaki "

  Tu  juz  Angelo  znienil  glos  na  bardziej  miekki,  chociaz  nie zmienil  wyrazu  swojej  zawadiackiej  twarzy:

„Wlasnie  tez  ide  na  rynek” szybko odpowiedzial.

Idac  razem przez  dluzsz chwile, pierwszy przerwal  cisze  Angelo:

  „  Ty, petniak,  a nie  chcialbys  miec  czterech lizakow”. 

Jozek  wiedzial  co  to  znaczy,  ale  cygan  nie odpuszczal:

„  Zagraj  w  zydka”  oczywiscie  majac  na  mysli gre ze spadajaca  kulka , ktora  trzeba  bylo  zlapac za pomoca dziadka,  trzymajacego  kosz   I  jeszcze  potem  dodal:

  „ Z  cyganem  nie  stracisz”.

Wiedzial  ze  trafil  w  slaby  punkt  chlopaka ,  ktory  czesto  z  bratem tracili  tam drobne  dawane  przez  ich matke  na  drugie  sniadanie. Jozek  nie musial  jednak odpowiadac  bo  byli  juz  na  drodze  do wesolego  miasteczka. .W  miedzyczasie  cygan  podniosl  maly  kamyk. Na zachete  Jozek  zobaczyl na  polce strzelnicy do wygrania  takie same  lizaki jakie mial kupic, tylko nie  czerwone,  a zolte. Zaraz  potem  zaczeli grac.

„Daj  rzuce” rzekl  cygan. 

Jozek  podal  50 groszy.  Cygan  wykonal  pare  ruchow  reka, niby to wrzucil, niby nie wrzucil, moneta blysnela ale jakos dziwnie poleciala. Jozek  zauwazyl  tylko  wyraznie  jak  cygan  lewa  piescia  szturchna  skrzynke, krzyczac:

„Lap”

Ta  sama  reka  z  rozpedu  rzucil kamyczkiem  w  stos  poukladanych  misiow  pluszowych  blisko drzwi  wewnatrz  wagonu. Jozek  probowal  bezskutecznie  zlapac kulke, ktora  smignela  szybciej  niz  pchla, a  w  tym  czasie  Angelo  skoczyl  usluznie pomoc  zbierac  rozrzucone misie.  Wlasciciel, czlowiek o  malych  oczkach, znany juz miejscowym z chytrosci, wiedzial  ze  to  darmowa  usluga, najwyzej da  w nagrode strzelic  z  wiatrowki , a  powietrze przeciez nic  nie kosztuje. 

„O malo co! Byles  swietny” rzucil  Angelo  kojaco  na  pocieszenie, chociaz  kazdy inny uzylby wlasciwszego okreslania.   Wracajac  cygan  pocieszal  chlopaka, poklepujac  go po  plecach.  Jozek  malo  nie  pekl  ze  zlosci, i  nawet poczul  ze  pasek od  spodni mu doskwiera  z tego  powodu.

„Ciao  bambino”  krzyknal  cygan  na  odchodne, a  z  jego  twarzy  nie  zniknal  zawadiacki , dziwny  usmiech.

Jozek  dlugo  szedl  do  domu;  nie  chcial  slyszec smiechow  rodzenstwa,  jak  to cygan  oszukal  go  w tak prosty  sposob.Tylko  ten  pasek  doskwieral.  W  koncu   przystanal,  probujac  sie  podrapac po plecach.  I  wtedy  o cos  zaczepil.  Za  paskiem  z tylu  byly  wcisniete  dwa  lizaki, tyle  ze  nie  czerwone, a  zolte. Tak, teraz  to tak naprawde  dotarly  do niego slowa  uslyszane  wczesniej:

„ Z  cyganem  nie  stracisz”

A  potem  to juz  byl  tylko  ten lagodny  i kojacy  spiew  cyganki.

 

 

Roman  Jozef  Rymar

Toronto, Ont, Canada / Czaplinek, Polska

/born in Czaplinek/

Opowiesc publikowana w "Kurier Czaplinecki" Nr 27, Listopad 2008

rymar@hotmail.com

26 January 2008

 

Opowieści drahimskie

Kosmici w Czaplinku!!!

Autor/napisal: Roman Jozef Rymar

 

Urzędnik przysłonił okno teczką, żeby uchroniło go od odbijającego się w szybie blasku słońca. Wówczas w pokoju zrobiło się ciemniej a i lepiej, bo nie lubił kiedy światło rozjaśniało zarysy jego facjaty jak i twarzy pozostałych pomocnic. Dlatego też nawet nie spojrzał, gdy usłyszał jak ktoś wchodzi i tylko mruknął pod nosem:

- Kto?

-Jesteśmy  kosmitami - doszło ,mimo zgiełku na ulicy, do jego uszu.

Urzędnik nadal nie podnosząc wzroku , odburknął:

- Nie tacy tu byli i nic nie  wskórali.

- Jak nie, to wznosimy się do góry- odpowiedział mu ten sam natrętny głos.

W tym momencie człowieczek zza biurka poruszył się; nie lubił jak klient straszył odwołaniem do wyższej instancji. Spojrzał więc przed siebie i zdębiał. Stały przed nim drobne istotki z dziwnymi oczami i postawionymi włosami, które w niczym nie przypominały człowieka.

- A wy co chcecie?- wybąkał, wsuwając się w fotel.

-My w sprawie pracy - padła riposta.

Tu urzędnik z drwiącym uśmiechem odpowiedział:

- Panowie, gorzej nie mogliście trafić. W Czaplinku od dwudziestu lat nie ma

porządnych ofert pracy. Prawdę mówiąc to jakiejkolwiek pracy. - stwierdził.

- Ale to MY będziemy dawać wszystkim chętnym pracę - skontrował kosmita.

W tym momencie urzędnik skurczył się i zdrętwiał, a siedzące za nim „paniusie” wyciągnęły osobliwie szyje wpatrując się w nich. Było w tym momencie dla urzędniczek oczywiste, że z nadejściem nieograniczonej ilości ofert pracy ich posady zostałyby natychmiast zlikwidowane. Po chwili co niektóre ocknęły się z letargu i zaczęły przekrzykując się nawzajem:

- Nie macie koncesji! A pozwolenia z ministerstwa?! Co z lokalizacją?! Nie macie numeru PESEL? A badania lekarskie?! A co ze szkoleniami BHP?!

- Mamy wszystkie wymagane dokumenty. - uciął krzyki kosmita.

Urzędnik jednak nie dał się zwieść w tak łatwy sposób. Mając niezwykle bogate doświadczenie w wprowadzeniu rozmów z petentami i będąc nieco przebiegłym odrzekł:

- Złoci moi…Kochani…Mam pomysł! Spróbujmy „zapukać” z tą ofertą do sąsiednich miast.

Tym sposobem urzędnik chciał upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze pozbyć się zagrożenia jakie stanowili dla niego kosmici, a po drugie przygwoździć konkurentów.

- To niemożliwe. Decyzja została już podjęta przez naszego submistra tysiące mil stąd i nikt nie może jej zmienić. - powiedział ze stoickim spokojem kosmita.

Urzędnik poczuł, że robi się malutki. Spytał teraz gości słabo słyszalnym głosem:

- A co chcecie tu robić?

- Budować statki kosmiczne. – usłyszał.

- U nas ?! - wrzasnął urzędnik z niedowierzania i aż podskoczył z fotela. Mając jednak na uwadze tutejszą produkcję wiązek kablowych i ciągle jeszcze czynnego tartaku, dodał:

- No… W zasadzie jest od czego startować. Sprzęt elektryczny i materiał na kabiny już produkujemy. A…i mamy też firmę betoniarską, co może wspomóc budowę waszego kosmodromu.

- Wszystkie zasoby przywozimy z sobą. - odpowiedział kosmita.

Sfrustrowany urzędnik zdobył się na odwagę żeby zadać ostatnie pytanie:

- To kiedy zaczynacie?

- Od  zaraz. - syknął kosmita piskliwym, ale donośnym głosem.

W tym momencie urzędnikowi zabrakło tchu. Zerwał się resztką sił z fotela, i odgarniając stertę akt leżakujących od dawna na biurku oraz własną teczkę, wychylił się przez okno, żeby nabrać zbawczego, świeżego powietrza. Po kilku haustach odwrócił się do komicznych gości i już chciał krzyknąć do nich coś w stylu „To co, mamy być jak niewolnicy na plantacji bawełny?”, gdyby nie słońce, którego promienie wpadając przez otwarte okno zamieniło widzianych dotąd gości...A mianowicie zamiast kosmitów, stała teraz przed urzędnikami kilkuosobowa grupa Chińczyków, którzy w rękach trzymali różne modele wahadłowców oraz stacji kosmicznych.

- Pa, pa, Panowie…Teraz zrobimy biznes. - wykrzyknął uradowany urzędnik, któremu na widok nowych/ludzkich gości „zaświeciły się” aż oczy.

- Wy ze mną, a ja z Wami.- podkreślił z dumą w głosie.

Sprawa była jasna dla obu stron. Z ustaleń wynikało, że chińscy goście będą płacić liche pieniądze pracownikom z Urzędu Pracy. Wzrośnie poziom zanieczyszczeń w tutejszych jeziorach, co pozwoli starać się  bu stronom o różnego rodzaje dotacje państwowe. Ponadto przewidziano, że rozpocznie się moda na delegacje, a potem powstaną przeróżne dwustronne komisje, które będą „kontrolowały” chińskich kontrahentów. Wynik wspólnych ustaleń został nieoficjalnie zaprotokołowany.

Po zakończeniu rozmów z Chińczykami milczące panie zajmujące fotele przy drzwiach, przybrały teraz nowe pozy upodabniając się do pączkujących kwiatów. Od godziny zdawały bowiem sobie sprawę, że czas ich „ścięcia” właśnie nadszedł. Mimo to w pokoju czuło się atmosferę wielkiego zrozumienia i zaufania. I może by tak zostało, gdyby drzwi ponownie się nie otworzyły i nie wszedł przez nie wychudzony brunet. Urzędnik lekko tym faktem zaskoczony „warknął”:

- Jest jeszcze ktoś za drzwiami?

- Jestem ostatni.- odpowiedział petent, nie zwracając najmniejszej uwagi na Chińczyków.

- Czego więc chciałeś?- zapytał urzędnik

-Wyrejestrować się. Wyjeżdżam do Anglii na roboty.-odparł.

napisal:

Roman J  Rymar

Toronto,  Canada/Czaplinek, Polska

/Opowiesc publikowana w "Kurier Czaplinecki" Lipiec 2008 /

 

Opowieści drahimskie

Koszary

Autor/napisal: Roman Jozef Rymar

 

  -Jest! - krzyknął radośnie Piotrek, gdy kierowca niebieskiego samochodu zatrzymał się kilka metrów za nim.

-Do Czaplinka? spytał autostopowicz. Kierowca kiwnął głową dopowiadając niskim głosem:

-Ale tylko do koszar.

-Jakich  koszar, co pan wygaduje? – dopytywał się Piotrek wsiadając.

Kierowcą okazał się zgarbionym, brodatym mężczyzną, który na pierwszy rzut oka miał około osiemdziesięciu lat. Piotrek po chwili zdał sobie sprawę, że mężczyzna przypomina mu starą autochtonkę Gertrudę. Auto ruszyło. Kierowca poprawiając czapkę zamruczał coś pod nosem, zakaszlał mocno, aż wreszcie ledwo wyraźnym głosem wymamrotał:

- Były, były donnervetter.

Piotrek nie odpuszczał, postanowił kontynuować temat:

- Panie, ja tu się urodziłem i o wszystkim wiem. Nie ma tu żadnych koszar, gadasz pan brednie!

Starzec jakby wzdrygnął się na te słowa i znowu zakasłał.

- To mało wiesz. Tu niejedną tajemnicę ziemia kryje…- odrzekł.

Po tych słowach ciekawość Piotrka zwyciężyła:

- No to powiedz pan, jak wiesz lepiej?!

Starzec jeszcze bardziej zatrząsł się, zaczął kasłać i mamrotać. Wyglądał jakby walczył z sobą, aż wreszcie się przełamał i zapytał:

- Czy ryby łowisz?

- Jeszcze jakie!- krzyknął chłopak. Był on zapalonym wędkarzem, ale zdziwiła go zmiana tematu.

- A czy łowiłeś koło przepompowni wody? – spytał starzec.

- Pewnie! - odparował Piotrek.

- A czy zauważyłeś jak brzeg opada od razu stromo, chociaż po tej stronie jeziora wszędzie jest prawie mielizna?

- No rzeczywiście.- odpowiedział autostopowicz. Dopiero po tym pytaniu Piotrek zdał sobie sprawę, że mężczyzna ma rację. Kierowca kontynuował:

- Bo tam dawno temu znajdowały się niemieckie koszary. W tamtych czasach było ich wiele w cesarstwie. Mówiono, że o ich istnieniu sam Pan Bóg nie wiedział. Ich zadaniem było w zasadzie tylko dostarczać mięsa armatniego do wielce szacownej armii nie mniej szacownego i JKM Wilhelma II, władcy...- starzec zaczął wyliczać czego to JKM nie posiadał.

- A dni toczyły się w nich monotonnie, bez jakiejkolwiek odmiany. Zmieniali się nieraz tylko rekruci i gefrajtry, co ich przyuczali. Nowo przybyli nie musieli się wiele uczyć. Odbyli tylko krótki kurs ładowania i czyszczenia starych karabinów. Zostali również zapoznani z obsługą archaicznych armat polowych, z których nie strzelano od ponad dwudziestu paru lat. Pozostałą część dnia wypełniała musztra. Baczność! Spocznij! Między komendami dało się słyszeć tupnięcia kilku oddziałów żołnierzy, a po komendzie „spocznij” następował przemarsz wokół flagi ukochanego cesarstwa. I tak przez całe dnie. Aż pewnego dnia do koszar miał przyjechać sam Obersturmbanfuhrer.

Przygotowania były nie z tej ziemi, trwały nieprzerwanie 24 godziny przez trzy dni. W czasie których czyszczono, ładowano, rozładowywano, musztrowano itp. Dziesiątki razy ćwiczono akademię na cześć gościa. Nie mogło być tylko dobrze, albo lepiej, czy tylko najlepiej. Dążono wszystkimi możliwymi środkami, żeby było idealnie. Efekt zaskoczył wszystkich! Całe koszary dosłownie błyszczały! Żeby wzbogacić akademię na gałęziach zawieszono klatki ze słowikami, a do wędek przydrożnych wędkarzy przyczepiono kilkukilogramowe szczupaki.

A nuż Jego Szacowność zechce połowić…

Dowódca, którego ambicje zawsze sięgały dalej niż widział, był pewien awansu. Szczególnie wtedy, kiedy przemawiał w obecności Obersturmbanfuhrera.

W swoim długim wystąpieniu chwalił wszystkich i wszystko co ponad Nim, a szczególnie Jego Królewską Mość w nieskończonym wymiarze. Na koniec obwieścił:

„ Żołnierze, dopóki tu stoimy będzie zawsze ziemia pruska!”.

- No i długo tak nie postali.- wtrącił z uśmiechem na ustach starzec.

- Po chwili na placu rozległa się komenda „Baczność”. Wtedy najlepsza kompania w imieniu cesarza, prostując się przytupnęła obcasami z całej siły, aż grunt pod ich nogami zatrząsł się i począł znikać pod stopami niewinnych żołnierzyków, którzy w tym momencie poczuli lekkość i w kilka sekund zniknęli w ciemnej otchłani jeziora. Przykryła ich fala wody.

- Wysiadaj.-nagle usłyszał Piotrek.

Zamyślony i nieco oszołomiony, chcąc nie chcąc wyskoczył z auta, które szybko odjechało. Nie zdążył nawet podziękować. Chciał dogonić gawędziarza, ale okazało się, że skręcił on w stronę jeziora. Najdziwniejsze, że nie było tam żadnej drogi. Piotrek w kilka minut dobiegł do miejsca gdzie zaczyna brzeg jeziora, a tam ani śladu po aucie. Wszystkie wątpliwości zagłuszył szum dochodzący z pobliskiej przepompowni.

 

A Unia ciągle chce Polskę postawić na baczność. Wystarczy nam tylko mocno przytupnąć.

 

 

 

 

Roman Józef Rymar

Toronto, Canada / Czaplinek, Polska

/ born in Czaplinek /

/ Opowiesc publikowana w "Kurier Czaplinecki" Marzec 2008

 

 
Opowieści Drahimskie
 
Listonosz
 
Autor/napisal: Roman Jozef  Rymar

 

- “Hande hoch!” - usłyszał stary listonosz niespodziewanie z okna domu, gdzie leciał w telewizji film wojenny. Dziarsko sięgnął jedną ręką do pasa z boku przy torbie, drugą zaś podniósł, jakby coś trzymał w dłoni. Jednocześnie odchylił się na prawo i w niezdarnym odruchu zatoczył pół okręgu, jakby do czegoś celował. I gdyby nie oparł się o boczną ścianę budynku, upadłby niezależnie czy chciałby tego, czy nie. Ręce mu zaczęły drżeć, a przy tym wykrzyknął coś niezrozumiale jakby: „ Kryć się!”.

- „Dziadek, co ty, kosmitę udajesz?” – spytał się śmiejąc, jeden z małych chłopców, stojących przed nim, drugi zaś dodał:

- „ On chyba urodził się taki powolny”.

Dzieci w rękach miały drewniane colty, a na głowach kapelusze z rondami w stylu

dzikiego zachodu. Ale listonosz chyba nie słyszał ostatnich słów. Był jeszcze oparty o ścianę, a w oczach mu przelatywały obrazy, słyszał jeszcze okrzyki i odgłosy z tamtego czasu.

 

Nacierali tyralierą od strony południowo- wschodniej. Do opanowania miasta trzeba było przejść linię kolejową przecinającą drogę z Wałcza. Rozpoczynając tzw. „Operację Pomorską”, 3 DP Wojska Polskiego atakowała z „ pozycji ryglowej” w pasie o szerokości ok. 36 km. W pasie natarcia 7 pułku piechoty, na małym przesmyku miedzy jeziorami było miasteczko Czaplinek.

Na wysokości wsi Miłkowo zobaczyli przez lornetkę wycofujących się Niemców. Po krótkiej walce pod Motarzewem, zbliżali się do stacji kolejowej miasteczka. Starali się według rozkazu iść bezpośrednio za ogniem ostrzału oddziałów artylerii, aby mieć możliwość jak najszybszego wyskoczenia naprzód w celu opanowania budynków. Tu z racji na stojące wagony, pancerni musieli trochę zwolnić, a główne zadanie przejęli żołnierze piechoty. Zahartowani w długim boju od Lenino, nie tracili czasu i prawie biegnąc, starali się w poprzek torów wedrzeć na teren wyglądającego na pusty dworzec. I wtedy to właśnie rozległ się okrzyk, jak z nie tego świata: „Hande hoch”.

Niewiadomo jak zachowaliby się w takiej chwili, gdyby nie padły prawie w tym samym momencie strzały ze strony niemieckiej. St. szeregowy zdążył tylko wykrzyknąć:

- „Kryć się!” - chowając się za drewnianym słupem tablicy informacyjnej stacji. Po drodze oddał jeszcze jedną serię ze swojej pepeszy tam, skąd najwięcej strzelano. Nie wszyscy jednak zdążyli. Na miejscu zginęli kpr. Gryga i st. sierżant J. Fachler, rannych zaś było ośmiu. Rozpoczęło się ostrzeliwanie z obu stron, a z powodu bliskiej ich odległości nie mogła włączyć się 6 artyleria. A zaraz potem nastąpiła cisza. Cisza, która wzburzała krew w żyłach, i zawirowanie w głowach żołnierzy. St. szeregowy wiedział, że musi coś zrobić, bo wiecznie tak nie wytrzyma stojąc za tak mierną ochroną. Przeciwnik, co rusz omiatał kulami teren ponad ich głowami. Sytuacja była prawie bez wyjścia. Każdy drobny ruch mógł zdradzić jego  pozycje, a wtedy wystarczyłaby jedna tylko seria z karabinu  maszynowego lub kula  doborowego  strzelca. Zdawał sobie sprawę, że to już może koniec jego walki, zaczynając się modlić, nie tracił nadziei i uwagi. I jak wiele razy w takiej chwili, gdy zwracamy się o pomoc do wszechmogącego, przychodzi ona w najbardziej niespodziewanym momencie, miejscu i postaci. Otóż nagle z bocznych zarośli przy stawie, który tam istnieje, zerwał się wielki ptak, który sam prawdopodobnie znieruchomiał na skutek całego zgiełku, a teraz myśląc, że cisza oznacza koniec kłopotów, zerwał się trzepocąc donośnie skrzydłami. To odwróciło uwagę obrońców, którzy mimo wszystko na ułamek sekundy przenieśli ostrzał w poruszony obiekt. St. szeregowy błyskawicznie wychylił się zza znaku oddając długą serię, tym razem napewno celnie, i tak samo błyskawicznie zwijając się w kłębek, przekoziołkował za pobliski nasyp. Nie musiał już poprawiać, gdyż w jednej sekundzie podniósł się cały batalion, zasypując przeciwnika gradem kul. Żołnierz także długo nie czekał, podrywając się do biegu za swoimi towarzyszami broni.

Zdążył jeszcze tylko po drodze zerknąć na ptaka, który leżał rozpruty kulą na skraju przybrzeżnej trzciny.

- „Piękny ptak i piękne to miejsce” – usłyszał, jak jakiś inny żołnierz powiedział jakby do siebie.

 

- „Panie Stanisławie, czy jest coś do nas?” - rozległ się nagle głos z naprzeciwka.

- „To, to była czapla” - wymamrotał listonosz.

- „Co pan tam mówisz?” - odezwała się jeszcze raz kobieta z ulicy Drahimskiej.

- „Tak, jest polecony do pani”. Teraz już zaczął dochodzić do siebie stary żołnierz.

Przeszedł ulicę i aby dostać się na teren posesji otworzył małą bramkę, wysokości jego ramion. Jakież było jego zdziwienie, gdy stanęła mu na drodze inna grupa uzbrojonych w drewniane miecze chłopców wołając:

- „Nie wchodź tu, my wczoraj zdobyliśmy ten teren!”

Czytając napisy na ich tarczach jak: Jurand ze Spychowa, Zbyszko z Bogdańca i Zawisza Czarny, listonosz nie zamierzał ryzykować.

Tym razem stary człowiek uśmiechnął się tylko, wyciągnął cukierki, które miał na takie

okazje zawsze przygotowane, częstując nimi dzieci.

„No cóż, widocznie przeciwnik nie czuje się pewnie i chce się poddać” - pomyślał przywódca grupy, zabierając słodycze.

Listonosz przyśpieszył, bo musiał nadrobić utracony czas pracy.

 

Czy tak było, czy podobnie, już nie odpowiedzą Ci, co polegli: kpr. E. Gryga, kpr. H. Koszczyc, kpr. E. Żelazowski, st. sierżant J. Fachler.

Żywym pozostało tylko uszanować pamięć bohaterów, którzy oddali życie w walkach o Czaplinek 3 Marca1945r.

W walkach o wyzwolenie Czaplinka uczestniczyli  m.in.: Piotr Weryho, Piotr Jaroszewicz, Kazimierz Masiowski, Stanisław Lastowski, ....Kosimo, .....Baran, .....Cubrzyński,

....Wiśniewski,  Alojzy  Sroga.

 
napisal:
Roman  J.  Rymar
Toronto, Canada / Czaplinek, Polska.

/Opowiesc publikowana w "Kurier Czaplinecki"  Luty, 2009 /

 


 

 

 

06:20, joeimagine
Link Dodaj komentarz »